Ponad 2 miliony złotych będzie kosztowała renowacja dwóch darłowskich świątyń. Parafiom udało się zdobyć blisko 1,3 mln unijnego wsparcia Dziś przybliżamy historię kościoła mariackiego w Darłowie, który dzięki unijnemu projektowi doczeka się m.in. remontu wieży. Gotycki, murowany, trzynawowy kościół mariacki typu bazylikowego wzniesiono w Darłowie w XIV wieku, ze składek i robocizny słowiańskich mieszkańców miasta.

Z zapisków kronikarskich dowiadujemy się, że 60- metrową wieżę od zachodu dobudowano w roku 1394, dzięki funduszom księcia Bogusława VIII.

Następnie, ale już w XV wieku, zbudowano od zachodu aneksy na przedłużeniu naw oraz zakrystię i kaplicę pw. Św. Antoniego od wschodu. W roku 1974 rozpoczęto prace mające na celu przywrócenie gotyckiego charakteru budowli - usunięto drewniane balkony oraz tynki przesłaniające oryginalne detale. W 1962 roku przemieniono wezwanie kościoła Matki Bożej Wniebowziętej na tytuł Matki Bożej Częstochowskiej.

Umieszczono wtedy w głównym ołtarzu obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Mimo upływu ponad 600 lat do tej pory w Darłowie nie zbudowano nic większego i ta wspaniała budowla góruje nad Królewskim Grodem. Wielokrotnie niszczona przez pożary i sztormowe wichury niemal cudem dotrwała do naszych czasów.

A oto legenda pochodząca z książki "Legendy powiatu sławieńskiego" pod red. Jana Sroki (Tłumaczyła je Brygida Jerzewska): Dawno temu wieża kościoła mariackiego w Darłowie była wyższa niż dzisiaj. Nad dzwonami znajdowało się jeszcze pomieszczenie dla strażnika wieżowego. Siedząc na górze bardzo często się nudził. Umawiał się więc z szewcem i krawcem na grę w karty. Ilekroć się nudził, wywieszał w okienku dachu czerwoną latarnię. To był ich umówiony znak. Pewnego jesiennego wieczoru, kiedy sztormowy wiatr hulał wokół wieży strażnik, wywiesił czerwoną latarnię. Nie trwało długo, a towarzysze zasiedli wokół stołu i rozpoczęli grę w karty.

O każdej pełnej godzinie strażnik przerywał grę i dokonywał obchodu patrząc przez cztery okienka w cztery strony świata, czy gdzieś właśnie się nie pali. Widział tylko czarną noc. Tak było i o dwunastej. Kiedy zegar wybił dwanaście razy, obchód był skończony i grę można było kontynuować. Nagle usłyszeli z dołu hałas, ktoś powoli wchodził po schodach, potykając się nogą o każdy stopień. "Kto jeszcze tak późno tu idzie ?" -zapytał niezadowolony strażnik, gdy drzwi się otworzyły i stanął w nich nieznany gość w brązowym jak kawa fraku. "Oto jestem, wołaliście mnie". - odpowiedział.

Trójka graczy nie mogła sobie przypomnieć, aby kogokolwiek wołała. Krawiec co prawda przed chwilą powiedział: "Jeśli teraz nie wygram, niech mnie diabeł porwie". Przegrał, ale o tej wypowiedzi nikt nie pamiętał. Strażnik zaprosił przybysza do gry: "Jeśli już wlazłeś na wieżę, to siadaj i dotrzymaj nam towarzystwa". Zaproszenie brązowo ufraczony przyjął i nawet mając najgorsze karty wygrywał.

Po pewnym czasie krawcowi spadła karta na podłogę. Kiedy się schylił zobaczył, że przybysz miał końskie kopyta. Nareszcie zrozumiał, kim był ten tajemniczy gość. Krawiec ze strachu upuścił wszystkie karty i zaczął się modlić. Przypomniał sobie stare porzekadło przeciw urokowi: "Duchy piekła, plemię szatańskie, wynoście się, nic tu po was". Pomogło! Po głośnym wybuchu uniósł się śmierdzący dym i nieproszony przybysz zniknął. Strażnik wieżowy odtąd wieczory spędzał sam. Jego towarzysze: krawiec i szewc zbyt się bali.